PAN TADEUSZ, KSIĘGA DRUGA |
Szczęściem nikt nie uważał, bo dotychczasowa
Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa
Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.
Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu, Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie, A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie, Dał znak, i wrzask powstaje w tłumacz francuski strzelców i psów tłuszczy, Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy,- Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka, Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika. Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty Rejenta z Asesorem o sławne ich charty. Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę, Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle, Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części, Przycinki, gniew, wyzwanie - i szło już do pięści. Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali, Unieśli młodą parę stojącą na progu, Podobną Janusowi, dwulicemu bogu. Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy Poprawili, już groźne ucichły odgłosy, Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył, Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył: Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty. Właśnie kiedy Asesor podbiegł do jurysty, Gdy już sobie gestami grozili szermierze, On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne Jedną o drugą jako jaja wielkanocne, Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu I we dwa kąty izby rzucił ich od razu; Chwilę z rozciągnionymi stał w miejscu rękami I "Pax, pax, pax vobiscum! krzyczał, pokój z wami!" Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie: Przez szacunek, należny duchownej osobie, Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę, Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę, Widać było, że wcale tryumfu nie szukał, Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał; Tylko poprawił kaptur, i ręce za pasem Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju. Tymczasem Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony Z głębokiego dumania, w środku się postawił, Wąsy siwe pokręcił, kapoty poprawił, Iskrzyły mu się oczy (zawżdy postrzegano Ten blask niezwykły, kiedy o łowach gadano), Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą, Tam uciszając machał swą placką ze skóry; Wreszcie podniosłszy trzonek z powagą do góry Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie. "Uciszcie się! powtarzał, miejcie też baczenie, Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie, Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie? Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje, Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje, Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy, Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy! Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady, Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady. Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych; Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych, A sądziłem ich nieraz sądem polubownym. Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym? Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzem, Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym? Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota, Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota? Terajewicza znałem, co idąc na dziki Nie brał nigdy innego oręża prócz piki! Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy: Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy! Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili? Oto obrali sędziów i zakład stawili. Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka, Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka! I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem. Słowo wiatr, w sporach słownych nigdy nie masz końca Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca; Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie, A co wyrzeką, temu sumiennie zawierzcie. Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił; I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana". To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana. "Konia, zawołał Rejent, stawię konia z rzędem I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem, Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę". "Ja, rzekł Asesor, stawię me złote obroże, Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota, I smycz tkany jedwabny, którego robota Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci. Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci, Jeślibym się ożenił: ten sprzęt mnie darował Książę Dominik, kiedym z nim razem polował I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem. Tam, bezprzykładną w dziejach polowania sztuką, Uszczułem sześć zajęcy pojedyńczą suką. PAN TADEUSZ, KSIĘGA DRUGA tłumacz francuski fragment 160 |
| 2008-11-11 15:57:16 |