PAN TADEUSZ, KSIĘGA DRUGA |
"Zgody? krzyknął Gerwazy, z Soplicami zgoda?
Z Soplicami, Mopanku?" - To mówiąc wykrzywił
Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.
"Zgoda i Soplicowie! Mopanku, Panisko, Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko, Ma pójść w ręce Sopliców? niech Pan tylko raczy Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy, Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania, Zsiadaj Pan! " - i przytrzymał strzemię do zsiadania. Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni: "Tu, rzekł, dawni panowie, dworem otoczeni, Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze. Pan godził spory włościan; lub w dobrym humorze Gościom różne ciekawe historyje prawił, Albo ich powieściami i żarty się bawił, A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty". Weszli w sień. - Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni, Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach; Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach, Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy, Albo na imieniny pańskie, lub na łowy. Podczas uczty na chorze tym kapela stała I w organ i w rozliczne tłumacz francuski instrumenty grała; A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym: Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości, Potem prymasa, potem królowej Jejmości, Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej; A na koniec, po piątej szklenicy wypitej, Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku, Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku; A już gotowe stały cugi i podwody, Aby każdego odwieźć do jego gospody". Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu, Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą; Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło", Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką. Widać, że mu wspomnienie samo było męką I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali; Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy, Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił, Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy. Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy, Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie, Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie, Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą: "Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą I krwią Horeszków; w Panu krew Horeszków płynie, Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie, Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana, Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana. Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej, Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej. "Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie, Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię, Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało. Między szlachtą był jeden wielki paliwoda, Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie, Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie I trzystu ich kreskami rządził wedle woli, Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli, Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha. Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików, Popularny dla jego krewnych i stronników. Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawym przyjęciem, Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem. Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł, W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano I czarną mu polewkę do stołu podano. Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko, Ale przed rodzicami taiła głęboko. "Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał, Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy, Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy; Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić, Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić. W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani, Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani, Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali; Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali Krzycząc: ura! od bramy wali po tarasie; My im ze strzelb dziesięciu palnęli: "a zasie!" Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku. Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze: Dwadzieście strzelb leżało tu, na tej podłodze, Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą, Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą I Pani, i Panienka, i nadworne panny; Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny; Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury, My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry. PAN TADEUSZ, KSIĘGA DRUGA tłumacz francuski fragment 60 |
| 2008-11-11 15:57:16 |