PAN TADEUSZ, KSIĘGA DRUGA |
Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,
Zwał je romansowymi; mawiał, że ma głowę
Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.
Nieraz, pędząc za lisem albo za szarakiem, Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie Jak kot, gdy tłumacz francuski ujrzy wróble na wysokiej sośnie; Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem, Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem. Takie były Hrabiego dziwne obyczaje; Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje. Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów, Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów, Nawet dla Żydów. Hrabski koń, zwrócony z drogi, Prosto kłusował polem aż pod zamku progi. Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury, Wyjął papier, ołówek i kreślił figury. Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieście kroków Człowieka, który, równie miłośnik widoków, Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie, Zdawało się, że liczył oczyma kamienie. Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy. Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów, Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów; Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową, Marszczkami pooraną, posępną, surową. Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął; Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął, Gerwazy się odmienił, i już od lat wielu Ani był na kiermaszu, ani na weselu; Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano I uśmiechu na jego twarzy nie widziano. Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną, Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną, Który dziś żółty, dawniej zapewne był złoty. Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty, Półkozice, i stąd też cała okolica Półkozicem przezwała starego szlachcica. Czasem też od przysłowia, które bez ustanku Powtarzał, nazywano go także Mopanku; Czasem Szczerbcem, że całą łysinę miał w szczerbach; Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował, Iż ten urząd na zamku przed laty piastował. I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem, Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem. Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje Stały otworem; przecież wynalazł drzwi dwoje, Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił, I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił. W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie; Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie, Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym, Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowym. Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił, Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka I naciętą od licznych kordów jak nasieka; Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku, Panisko,- Daruj mi, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie, To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie: "Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie, Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie; Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz? Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać" Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać. "Cóż dziwnego? rzekł Hrabia, koszt wielki, a nuda Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda. Upiera się; przewidział, że mię znudzić może: Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę, Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda". PAN TADEUSZ, KSIĘGA DRUGA tłumacz francuski fragment 40 |
| 2008-11-11 15:57:16 |