W pustyni i w puszczy, rozdział 28, str. 7

Tu nagle uderzył się w czoło: – Mam jedną myśl.ubrania i pakunki w nadziei, ż – Jaką? – Zobaczysz. Jak sobie to jeszcze lepiej wyobrażę, to ci powiem. Teraz ten słoń tak ryczy, że nie można się nawet rozmówić. Istotnie słoń z tęsknoty za Nel, a może za obojgiem dzieci, trąbił tak, aż cały wąwóz się trząsł razem z pobliskimi drzewami. – Trzeba mu się pokazać – rzekła Nel – to się uspokoi. I poszli do wąwozu.
Ale Staś całkiem zajęty swą myślą począł półgłosem mówić: – „Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski z Port-Saidu, uciekłszy z Faszody od derwiszów, znajdują się.” I zatrzymawszy się zapytał: – Jak oznaczyć, gdzie?. – Co, Stasiu? – Nic, nic. Już wiem: „Znajdują się o miesiąc drogi na wschód od Białego Nilu – i proszą o prędką pomoc.” Gdy wiatr będzie dął na północ albo na wschód, puszczę takich latawców dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, a ty, Nel, pomożesz mi je kleić. – Latawce? – Tak – i powiem ci tylko tyle, że mogą nam one oddać większą przysługę niż dziesięć słoni. Tymczasem doszli do krawędzi. I dopieroż zaczęło się przestępywanie olbrzyma z nogi na nogę, kiwanie się, machanie uszami, gulgotanie i znów żałosne trąbienie, gdy Nel próbowała się choć na chwilę oddalić. W końcu dziewczynka poczęła tłumaczyć „kochanemu słoniowi”, że nie może ciągle przy nim przesiadywać, bo przecie musi spać, jeść, pracować i gospodarzyć w „Krakowie”. Ale on uspokoił się dopiero wówczas, gdy zepchnęła mu widełkami przygotowaną przez Kalego żywność – a i to wieczorem zaczął znów potrębywać. Dzieci nazwały go tegoż wieczora: „King”, gdyż Nel zaręczała, że zanim dostał się do wąwozu, był niezawodnie królem wszystkich słoni w Afryce.

2008-10-20 23:06:04